Archiwum

Posts Tagged ‘myslovitz’

Październik 9, 2010 Dodaj komentarz

to była chyba najdziwniejsza, najgłupsza i najgorsza noc w moim życiu. za mało było słów. ale cóż, dobrze, że po mnie zwykle spływa jak po kaczce;)

kurcze, jaką ja mam ochotę gdzieś pojechać!

Maj 29, 2010 Dodaj komentarz

no tak. dziś zamiast dnia, podczas którego miałam nauczyć się na wszystko i hohoho, już dawno wszystko zaliczyć, to jak ostatnio – nic nie robiłam… nie no, w sumie nie. posprzątałam chyba CAŁY dom, no i byłam w realu

iiii upiekłam muffinki<3

dobra, nie chce mi się rozpisywać. rzeknę tylko – codziennie umieram na festiwal w Gdyni. Dziś gala. za rok tam będe!!!!!!!

Maj 28, 2010 Dodaj komentarz

Dziś tylko i wyłącznie domowo. jemy lody kogel-moglowe, malujemy paznokcie, jemy budyń wlasnej roboty, robimy brzuszki, śpimy, oglądamy “33 sceny z życia”. Właściwie nie wiem, dlaczego piszę o sobie w pierwszej osobie liczby mnogiej. Ale fajnie.

Maj 26, 2010 Dodaj komentarz

tra lalalala

już tylko kileeeeeer

<tańcze>

dobra, mam jutro dwa sprawdziany do napisania (w tym jeden z całego roku<3), oprócz tego dzień zaczynam od basenu <hohohohhohoooo>, no i ten, no. nie chce mi się uczyć, to na razie tego nie robię:D śpiewam sobie i tańczę i w ogóle tralalalala, dostałam dziś nawet 5 z matmy!!!!!!!!!!!!!!!!!!! ou jejejejeejeeee (nawet bezsensowne wytracenie przeze mnie dziś 50zł mnie nie zasmuca:D)

oglądałam sobie wczoraj w tvp2 JASMINUM, fajny film, serio.

nie ogarniam

Maj 23, 2010 Dodaj komentarz

ach jaki to był celny strzał

tych kilka słów tak prosto w twarz

jak to się mogło znów stać

w pustym pokoju tkwisz sam

zupełnie sam,

znów wszystko poszło nie tak

Kategorie:Uncategorized Tagi:

Maj 22, 2010 Dodaj komentarz

oby więcej takich fociadejków.

12.05.2010 – koncert Myslovitz na Kozienaliach.

Maj 13, 2010 2 uwag

Wiem jedno – tego koncertu nie zapomnę nigdy.

Ale od początku…

12.05 – środa. Od poniedziałku było nieustanne oczekiwanie na koncert. W końcu nadchodzi dzień 12, godzina 17, gdy piszę do Wdowiaka, by dał telefon do rodziców, bo mój tata chce na wszelki wypadek. Okazuje się, że ona jednak nie jedzie. Zamęt. Telefony do cioci, Igi. W końcu ustalone – jedziemy z mamą Cioci.

O 19.10 stanęłam na progu mieszkania cioci, by o 19.20 już stamtąd wyjść. Poszłyśmy na przystanek na Śliwińskiego, po czym wsiadłszy w autobus lini 26 dojechałyśmy na Al. Racławickie, dalej udając się w kierunku chatki żaka. Tuż koło akademików rozeszłyśmy się z cioci mamą, a same ruszyłyśmy zmagać się ze Światem studenckim. Ku naszemu zaskoczeniu nie musiałyśmy płacić za bilety, wzięto nas za studentki. Spoko. Idziemy dalej, słychać już odgłosy koncertu Cool Kids Of Death (jak się później okazało, już końcówki). Ludzi była stosunkowo mała grupka. Gdy kończyła się ostatnia piosenka wtryniłyśmy się z ciocia pod scenę. Ja stałam centralnie przy barierkach, ciocia za mną. Zaczęło się rzucanie na ludzi musli i paluszkami (swoją drogą fajny pomysł, gdybym nie była na diecie to pewnie zjadłabym sporo tego). Złapałam dla cioci paczkę paluszków i 2 (albo 3) musli. Bo jeszcze chwilowym kadzeniu, koło zaplanowanej 21.30 na scenie pojawił się Myslovitz.

Zaczęli “Chłopcami”. Wszyscy bawili się świetnie, podobno tłum był okiem nieogarniony – a siłą rzeczy na mnie zaczęło napierać coraz więcej osób. Drugą piosenką był “Siódmy Koktajl” (jak obiecywałam – zginęłam, szczególnie przy: “gdybym jeszcze umiał sie śmiać, to bym chciał umrzeć tu ze śmiechu i to nie raz”). Potem kolejne i kolejne piosenki (całą setlistę umieszczę na końcu), co chwilę moje krzyki “AŁAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!”, odwracanie się do cioci z tekstem “KOCHAAM ICH!” / “kocham Wojtka!” / “Jak można nie kochać Wojtka Powagi!” / “Boże WOJTEEEK” / “Lecę na niego jak cholera” itp. Co chwilę również klaskanie, patrzenie na- i śpiewanie do Wojtka tekstów o miłości (ba!). Próby skakania, darcie się na cały głos, klaskanie, krzyczenie “Wojtek, zaśpiewaj coś!” (nie usłyszał:<) itp.

Odeszli.

Cała publika krzyczy “Jeszcze raz, jeszcze raz!”, w koncu wychodzą na dwie piosenki. Po powtórnym proszeniu przybyłych o bis (tym razem większym) już nie wyszli. Więc z ciocią (zgodnie z wcześniejszym planem) udałyśmy się do wyjścia. Zaszłyśmy od tyłu sceny, zapytałam ochroniarzy: “Przepraszam, czy będzie możliwość zdobycia autografów?” – w odpowiedzi usłyszałam “Nie, bo to jest wyjazd dla sprzętu. Muzycy zespołu udali się teraz do akademika”. Więc z ciocią ruszyłyśmy nazad, przy czym ja już wiedząc o pobycie idoli w akademiku, idąc próbowalam przejrzeć coś przez okna zasłonięte plakatami. Ujrzłam skrawek Przemka Myszora i krzynęłam: “Tu sa, biegniemy!”. W pół minuty potem przekroczyłyśmy próg akademika, by po 3 metrach stanąć na półgodziny przy panach ochroniarzach, którzy pilnowali, by żadna nieporządana dusza nie przecisnęła się przez te zasłony. Więc co nam było robić. Stanęłyśmy i czekałyśmy. My po jednej stronie barierki, ich wyjście po drugiej. W końcu odwrócilam się na chwilę do cioci, a odwracając się ponownie widziałam cień Jacy i Lalę wychodzących z budynku. Nagle zza firanki ukazał się Przemek (idąc bliżej nas – po lewej stronie) i Wojtek (idąc po stronie prawej). Przemek stanął przy nas, a nasz dialog wyglądał mniej więcej tak:

Ja: Da nam Pan autografy?

On: Pewnie (i zaczął podpisywać).

Ja: Niech Pan pozdrowi żonę i dzieci!

Ciocia: Zdrówka życzę!

On: A dziękuję, dziękuję. Pozdrowię, a życznia się przydadzą, bo młody akurat choruje (uśmiech).

Gdy odwróciłam się i uśmiechnęłam do cioci, wracając głową do dawnego położenia ujrzałam bardzo miły obrazek. Otóż Przemek Myszor patrzył się na mnie wzrokiem “znam Cię 10 lat, przyjaźnimy się” – takim ciepłym, spokojnym, przyjacielskim. Widać było, że gdyby mógł to rozmawiałby z nami godzinę, może dłużej. Ale po chwili odwrócił głowę i spostrzegłszy, że Wojtek już wyszedł, ruszył za nim, a my krzyknęłyśmy “Dziękujemy!”, a on ostatni raz odwrócił się z uśmiechem.

Wtedy wyszedł Artur. Niemalże nie zatrzymując się podpisał dziewczynie stojącej po jego stronie barierki zdjęcie i gdy już kierował się do wyjścia, ochroniarze patrząc na nas powiedzieli “Chcecie tu przejść?”, my na to “Jakbyśmy mogły” – i po chwili biegłyśmy za Arturem by w wyjściu zapytać “Da nam Pan autograf?” – i on odwrócił się, złapał opakowanie paluszków solonych z Lubelli w lewą rękę, a prawą podpisywał się na naszych kartkach.

Gdy wyszedł, my z ciocią odwróciłysmy się, spojrzałysmy na siebie i z “Biegniemy za Wojtkiem?” wybiegłyśmy drzwiami akademika w prawo. Rojas dochodził już do białego busa, w którym była reszta zespołu. Stałyśmy z ciocią 5 metrów od auta pełnego moich największych idoli, ale zgodnie postanowiłyśmy nie przeszkadzać – po tak genialnym koncercie trzeba odpocząć, a oni na pewno są zmęczeni.

Wyszłyśmy więc z terenu koncertu, spotkałyśmy się z mamą Cioci, ruszyłyśmy w kierunku mostu Poniatowskiego, gdzie umówieni byliśmy z moją mamą. Po 15 minutach byłam już w domu.

Koncert był genialny, najlepszy w dotychczasowym moim życiu. Piosenki idealnie dobrane, atmosfera po raz kolejny udowadniająca mi, że moje życie bez Myslovitz nie ma sensu – moje życie to oni. Bez nich nie ma mnie.

Postanowiłam od dziś jak tylko się da angażować w funclubie, spróbować dostać się do organizowania festiwalu INNE BRZMIENIA, gdzie już gdzieś koło 13 lipca (dwa miesiące<3) wystąpią ponownie (po cichu mam nadzieję, że z okazji koncertu na tym samym festiwalu może odśpiewają razem z Marią Peszek “W deszczu maleńkich żółtych kwiatów”).  Już się nie mogę doczekać.

Teraz nie mogę normalnie funkcjonować. Co chwile mam napady histerii, że jeszce x godzin temu 20cm ode mnie stał Rojas, a teraz co? Jest 500km stąd.

LINKI

Tu będę wstawiać linki do filmików i zdjęć, które znajdą się w sieci, a na nich będę ja. A powinno tego być sporo.

Filmiki: http://www.mmlublin.pl/singleVideo/174, http://www.youtube.com/watch?v=yxcyJD0OF3k&feature=player_embedded#!

Zdjęcia:

Ale wiem, że ich poznam, zaprzyjaźnię się z nimi. Jakoś czuje, że to cel mojego życia.

SET LISTA (czyli piosenki chodzące mi po głowie non stop, nie wiem, skąd wiedzieli):

“Chłopcy”

“Siódmy koktajl”

“Za zamkniętymi oczami”

“W 10 sekund przez całe życie”

“Scenariusz dla moich sąsiadów”

“Chciałbym umrzeć z miłości”

“Kraków”

“Sprzedawcy marzeń”

“Mieć czy być?”

“W deszczu maleńkich żółtych kwiatów”

“Długość dźwięku samotności”

“Nienawiść”

“Peggy Brown”

“Znów wszystko poszło nie tak”

“James, radiogłowi i żuk z rewolwerem jadą do nikąd”

*BIS*

“My”

“Dla Ciebie”

(ze spektakularnym “(…) czy to koniec już? To koniec już”)

chwila na wordpressa.

jak w tytule – bo, niby nie narzekam na braki czasu, acz nieustannie jestem w towarzystwie osób, które wręcz marzą, by dowiedzieć się o moim… pamiętniku, toteż nie bywam tu zbyt często.

maj się zaczął. lubię maj. a razem z nim przyszły przemyślenia, bo czytając dziś cały dzień “Ludzie Bezdomni”, lekturę WBLa, zastanawiam się nad miłością. bo, czy miłość naprawdę potrafi dokonywać takich rzeczy? niespodziewanych, nieoczekiwanych dosłownie przez nikogo… miłość. po prostu miłość. [chyba] najcudowniejsze uczucie pod słońcem. wraz z tym “odkryciem” mimowolnie stwierdziłam, że chciałabym w mym życiu wielką miłość. taką prawdziwą, odwzajemnioną, na zabój. byłoby fajnie. [chyba]

Luty 23, 2010 Dodaj komentarz

no tak. myslovitz, wietrzę dom, rozmyślam, Przemek Myszor na facebooku, mysovitz, rozmyślam, wietrzę dom.

Kategorie:Uncategorized Tagi:

Luty 14, 2010 Dodaj komentarz

dziś walentynki, których… nie lubie (ale wiem, że byłyby całkiem przyjemne, gdybym miala co i Z KIM świętować), dlatego np… nie zapisalam sie do grupy na facebooku pt. “walentynki mam w dupie”

mój dzisiejszy dzień kręci się wokół urodzin mamy, oglądaniem zakochanych, bieganiu z dziewiątego piętra, zarobieniem 10zł, zgubienia gumki (do włosów) i takich innych, codziennych spraw. żyję w codzienności,co zrobić :)

jak na razie idę szukać modelek na maxie, w te ferie dużo zdjęć musi być!!!!

(stara komórka, a raczej stare sms WBLa są źródłem naprawdę wieeeeelu informacji)

Kategorie:Uncategorized Tagi:
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.