bo dziś był dobry dzień
dziś otwarcie stadionu (zimnooo), krusher (ciepleeej) i carmel macchiato (cieeepło)
Lubię.
dziś otwarcie stadionu (zimnooo), krusher (ciepleeej) i carmel macchiato (cieeepło)
Lubię.
ten tydzień pod znakiem pracy (sesji dużo), ale i możliwie jak najdłuższego przebywania z domu i urabiania mamy na tydzień w wawce. i hope.
Nie mogę zrozumieć jak to się dzieje – ciocia robi focie, które według mnie… nie ważne. W każdym razie ich nie lubię, nie podobają mi się. No więc jak to jest, że WSZYSCY się nimi zachwycają? Czy to ja mam jakiś kompletnie wypaczony i beznadziejny gust, czy to wszyscy inni?
koniec roku szkolnego, początek wakacji – zwykle najcudowniejszy dzień w całym roku, meeega wyczekiwany. dziś zaczęły się wakacje, a ja pierwszy raz się nie cieszę – ba, jest mi naprawdę źle. czuje się beznadziejnie. odszedł najlepszy rocznik – ’94. nie będzie już Miedźwa, Średniowłosego, Wojtka (szczególnie na biologii<3), Oskara, nie mówiąc już o dziewczynach – tych przesłodzonych słitów, które obgadywało się godzinami. Nie wiem, jak to będzie. Naprawdę chce mi się płakać. Nie widzę szkoły bez nich i mnie w 3F. Najgorsze, że nie poznałam się z Adamem – z Makaronem jakoś pójdzie, przecież mieszka kilometr ode mnie, poza tym ciągnie go do mnie, bo to widzę (hahahahaha), acz z Miedźwiedziem może być gorzej. A szkoda, bo jestem praktycznie pewna, że byłby zajebistym kolegą / przyjacielem. szanse (przynajmniej teoretyczne……………..) zawsze są. będę próbować.
a dziś przez to totalnie beznadziejny dzień. a jutro już mnie nie będzie.
jutro dzień dziecka więc trzeba się ogarnąć:D
btw
szykuje sie pelna profeska sesja z dwoma profesjonalnymi modelkami,
blenda, makijazystka, projektantka, tiulowe suknie, wizazysta, PELNA PROFESKA,
przygotowania powoli się zaczynaja i jeśli pójdzie po naszej myśli to będzie grubooo
Dziś tylko i wyłącznie domowo. jemy lody kogel-moglowe, malujemy paznokcie, jemy budyń wlasnej roboty, robimy brzuszki, śpimy, oglądamy “33 sceny z życia”. Właściwie nie wiem, dlaczego piszę o sobie w pierwszej osobie liczby mnogiej. Ale fajnie.
oby więcej takich fociadejków.
Wiem jedno – tego koncertu nie zapomnę nigdy.
Ale od początku…
12.05 – środa. Od poniedziałku było nieustanne oczekiwanie na koncert. W końcu nadchodzi dzień 12, godzina 17, gdy piszę do Wdowiaka, by dał telefon do rodziców, bo mój tata chce na wszelki wypadek. Okazuje się, że ona jednak nie jedzie. Zamęt. Telefony do cioci, Igi. W końcu ustalone – jedziemy z mamą Cioci.
O 19.10 stanęłam na progu mieszkania cioci, by o 19.20 już stamtąd wyjść. Poszłyśmy na przystanek na Śliwińskiego, po czym wsiadłszy w autobus lini 26 dojechałyśmy na Al. Racławickie, dalej udając się w kierunku chatki żaka. Tuż koło akademików rozeszłyśmy się z cioci mamą, a same ruszyłyśmy zmagać się ze Światem studenckim. Ku naszemu zaskoczeniu nie musiałyśmy płacić za bilety, wzięto nas za studentki. Spoko. Idziemy dalej, słychać już odgłosy koncertu Cool Kids Of Death (jak się później okazało, już końcówki). Ludzi była stosunkowo mała grupka. Gdy kończyła się ostatnia piosenka wtryniłyśmy się z ciocia pod scenę. Ja stałam centralnie przy barierkach, ciocia za mną. Zaczęło się rzucanie na ludzi musli i paluszkami (swoją drogą fajny pomysł, gdybym nie była na diecie to pewnie zjadłabym sporo tego). Złapałam dla cioci paczkę paluszków i 2 (albo 3) musli. Bo jeszcze chwilowym kadzeniu, koło zaplanowanej 21.30 na scenie pojawił się Myslovitz.
Zaczęli “Chłopcami”. Wszyscy bawili się świetnie, podobno tłum był okiem nieogarniony – a siłą rzeczy na mnie zaczęło napierać coraz więcej osób. Drugą piosenką był “Siódmy Koktajl” (jak obiecywałam – zginęłam, szczególnie przy: “gdybym jeszcze umiał sie śmiać, to bym chciał umrzeć tu ze śmiechu i to nie raz”). Potem kolejne i kolejne piosenki (całą setlistę umieszczę na końcu), co chwilę moje krzyki “AŁAAAAAAAAAAAAAAAAAA!!”, odwracanie się do cioci z tekstem “KOCHAAM ICH!” / “kocham Wojtka!” / “Jak można nie kochać Wojtka Powagi!” / “Boże WOJTEEEK” / “Lecę na niego jak cholera” itp. Co chwilę również klaskanie, patrzenie na- i śpiewanie do Wojtka tekstów o miłości (ba!). Próby skakania, darcie się na cały głos, klaskanie, krzyczenie “Wojtek, zaśpiewaj coś!” (nie usłyszał:<) itp.
Odeszli.
Cała publika krzyczy “Jeszcze raz, jeszcze raz!”, w koncu wychodzą na dwie piosenki. Po powtórnym proszeniu przybyłych o bis (tym razem większym) już nie wyszli. Więc z ciocią (zgodnie z wcześniejszym planem) udałyśmy się do wyjścia. Zaszłyśmy od tyłu sceny, zapytałam ochroniarzy: “Przepraszam, czy będzie możliwość zdobycia autografów?” – w odpowiedzi usłyszałam “Nie, bo to jest wyjazd dla sprzętu. Muzycy zespołu udali się teraz do akademika”. Więc z ciocią ruszyłyśmy nazad, przy czym ja już wiedząc o pobycie idoli w akademiku, idąc próbowalam przejrzeć coś przez okna zasłonięte plakatami. Ujrzłam skrawek Przemka Myszora i krzynęłam: “Tu sa, biegniemy!”. W pół minuty potem przekroczyłyśmy próg akademika, by po 3 metrach stanąć na półgodziny przy panach ochroniarzach, którzy pilnowali, by żadna nieporządana dusza nie przecisnęła się przez te zasłony. Więc co nam było robić. Stanęłyśmy i czekałyśmy. My po jednej stronie barierki, ich wyjście po drugiej. W końcu odwrócilam się na chwilę do cioci, a odwracając się ponownie widziałam cień Jacy i Lalę wychodzących z budynku. Nagle zza firanki ukazał się Przemek (idąc bliżej nas – po lewej stronie) i Wojtek (idąc po stronie prawej). Przemek stanął przy nas, a nasz dialog wyglądał mniej więcej tak:
Ja: Da nam Pan autografy?
On: Pewnie (i zaczął podpisywać).
Ja: Niech Pan pozdrowi żonę i dzieci!
Ciocia: Zdrówka życzę!
On: A dziękuję, dziękuję. Pozdrowię, a życznia się przydadzą, bo młody akurat choruje (uśmiech).
Gdy odwróciłam się i uśmiechnęłam do cioci, wracając głową do dawnego położenia ujrzałam bardzo miły obrazek. Otóż Przemek Myszor patrzył się na mnie wzrokiem “znam Cię 10 lat, przyjaźnimy się” – takim ciepłym, spokojnym, przyjacielskim. Widać było, że gdyby mógł to rozmawiałby z nami godzinę, może dłużej. Ale po chwili odwrócił głowę i spostrzegłszy, że Wojtek już wyszedł, ruszył za nim, a my krzyknęłyśmy “Dziękujemy!”, a on ostatni raz odwrócił się z uśmiechem.
Wtedy wyszedł Artur. Niemalże nie zatrzymując się podpisał dziewczynie stojącej po jego stronie barierki zdjęcie i gdy już kierował się do wyjścia, ochroniarze patrząc na nas powiedzieli “Chcecie tu przejść?”, my na to “Jakbyśmy mogły” – i po chwili biegłyśmy za Arturem by w wyjściu zapytać “Da nam Pan autograf?” – i on odwrócił się, złapał opakowanie paluszków solonych z Lubelli w lewą rękę, a prawą podpisywał się na naszych kartkach.
Gdy wyszedł, my z ciocią odwróciłysmy się, spojrzałysmy na siebie i z “Biegniemy za Wojtkiem?” wybiegłyśmy drzwiami akademika w prawo. Rojas dochodził już do białego busa, w którym była reszta zespołu. Stałyśmy z ciocią 5 metrów od auta pełnego moich największych idoli, ale zgodnie postanowiłyśmy nie przeszkadzać – po tak genialnym koncercie trzeba odpocząć, a oni na pewno są zmęczeni.
Wyszłyśmy więc z terenu koncertu, spotkałyśmy się z mamą Cioci, ruszyłyśmy w kierunku mostu Poniatowskiego, gdzie umówieni byliśmy z moją mamą. Po 15 minutach byłam już w domu.
Koncert był genialny, najlepszy w dotychczasowym moim życiu. Piosenki idealnie dobrane, atmosfera po raz kolejny udowadniająca mi, że moje życie bez Myslovitz nie ma sensu – moje życie to oni. Bez nich nie ma mnie.
Postanowiłam od dziś jak tylko się da angażować w funclubie, spróbować dostać się do organizowania festiwalu INNE BRZMIENIA, gdzie już gdzieś koło 13 lipca (dwa miesiące<3) wystąpią ponownie (po cichu mam nadzieję, że z okazji koncertu na tym samym festiwalu może odśpiewają razem z Marią Peszek “W deszczu maleńkich żółtych kwiatów”). Już się nie mogę doczekać.
Teraz nie mogę normalnie funkcjonować. Co chwile mam napady histerii, że jeszce x godzin temu 20cm ode mnie stał Rojas, a teraz co? Jest 500km stąd.
LINKI
Tu będę wstawiać linki do filmików i zdjęć, które znajdą się w sieci, a na nich będę ja. A powinno tego być sporo.
Filmiki: http://www.mmlublin.pl/singleVideo/174, http://www.youtube.com/watch?v=yxcyJD0OF3k&feature=player_embedded#!
Zdjęcia:
Ale wiem, że ich poznam, zaprzyjaźnię się z nimi. Jakoś czuje, że to cel mojego życia.
SET LISTA (czyli piosenki chodzące mi po głowie non stop, nie wiem, skąd wiedzieli):
“Chłopcy”
“Siódmy koktajl”
“Za zamkniętymi oczami”
“W 10 sekund przez całe życie”
“Scenariusz dla moich sąsiadów”
“Chciałbym umrzeć z miłości”
“Kraków”
“Sprzedawcy marzeń”
“Mieć czy być?”
“W deszczu maleńkich żółtych kwiatów”
“Długość dźwięku samotności”
“Nienawiść”
“Peggy Brown”
“Znów wszystko poszło nie tak”
“James, radiogłowi i żuk z rewolwerem jadą do nikąd”
*BIS*
“My”
“Dla Ciebie”
(ze spektakularnym “(…) czy to koniec już? To koniec już”)
Dowiedziałam się dziś kilku praktycznych rzeczy. Przede wszystkim nikogo nie można być pewnym, a jeśli już się zaufa całej klasie, to potem, jak ręką odjął całe zaufanie idzie się kochać. Jaki był czyjś cel? Co chciał KTOŚ przez to osiągnąć? niewiemniewiemniewiem.
Mimo wszystko – medal należy się cioci, rozmowę rozegrała mistrzowsko, ale błagam (sama siebie). Czas skończyć ten temat, bo tylko krew można sobie popsuć.
Warto mieć wordpressa. Bądź ogólny pamiętnik. Można tu pisać z pewnością, że nikt tu nie wejdzie, a jeśli już wejdzie, to pewnie przypadkowo, przez co zachować można całkowitą anonimowość. Można tu pisać co tylko się chce i mieć pewność, że przypadkiem Wielki Brat Legenda go nie znajdzie..
BTW. włączając się pod kategorię, wypadło się dzisiaj z Igą na wypad rozmowno-konsumcyjno-fotograficzny. Jeśli chodzi o zdjęcia, to nie wyszło nic sensownego, ponieważ (jeśli chodzi o nasze fotograficzne umiejętności) albo flesh, albo… nic. A z fleshem to wiadomo…
I ciężko mi dzisiaj trochę było, bo jak odebrać wiadomość o tym, że osoba, z którą spędzasz minimum 40 godzin tygodniowo jest kapusiem, a na dodatek nie wiesz, kto to?
Wiadomo. Każdy każdego chce udupić.
Ale. Po zjedzeniu 3 paczek czipsów w rozmiarze XXL, chałwy, bitej śmietany, mandarynek i popiciu tego wszystkiego herbatą i tanią oranżadą + zabawa w 3 słowa i 1 co do historii Wojciech-Adam = nie jest źle.
Wiara w ludzi powraca. (: