No więc zacznijmy mój długi wywód. Jak wcześniej już raczyłam napisać, w dniach 30.06 – 5.07 nie było mnie w Lublinie.
30.07, Warszawa – o siódmej z minutami wyjechaliśmy z domu. Jechaliśmy w pocie czoła, by na 10 dowieźć mamę na ul. Długą 16, a reszcie składu (tata, brat i ja) pozwolić oddalić się w dowolnym kierunku. Andrzej (GPS) do Warszawy poprowadził nas bezbłędnie, do celu dotarliśmy około godz. 9.50. Mama dostarczona, a my postanowiliśmy udać się do Złotych Tarasów. Bez porad Andrzeja byliśmy już w drodze do domu (a nie to C.H.), więc mój przyszły mąż znów okazał się nieodzowny. Po dotarciu na miejsce (10.30), mężczyźni udali się na najwyższą kondygnację celem wypełnienia żołądków, ja udałam się na tzw “SZoping”. Gdy podziwiałam wystawione zdjęcia do Word Press Photo zaczepił mnie Pan z telewizji, któremu udzieliłam długiego wywiadu na temat “Czy życie w Warszawie jest drogie?”. Po godzinie z minutami miałam już nowe dżapony i sukienkę. Potem zboczyliśmy w kierunku kawiarni pod szyldem Wedla, ja skoczyłam jeszcze do Top Shopu (by minąć Tade-Tade-Tadeo C. po drodze). Wychodząch, (12.30) przeparkowaliśmy samochód na kolejny płatny parking koło przystanku metra “Ratusz Arsenał”, a sami wzięliśmy dupę w troki (tak to się pisze?) i ruszyliśmy naprzeciw Stolicy. Spacer i bezsensowny focenie starego miasta ofc było. Po powrocie oraz spędzeniu godziny w samochodzie udaliśmy się na ulicę Kocjana, by zostawić bagaże w mieszkaniu mojej cioci pod opieką brata ciotecznego, a sami udaliśmy się do Wola Parku, do kina. Ja z mamą -”Toy Story 3″ (wszyscy płakali, nyhyhy), a WBL – “Jutro będze futro”, czy coś takiego. Koło 21 przyjechał po nas owy członek rodziny i, po około godzinnej dyskusji, zostaliśmy sami. Wiadomo, kierunek łazienka nr 1, potem chwile telewizja i branoc.
1.07 Warszawa, Pociąg, Sopot – o 6 wstaliśmy, ponieważ o 7.13 mieliśmy pociąg do Sopotu z Dworca Zachodniego. O 6.25 już siedzieliśmy w samochodzie kuzyna, by koło 6.50 być na Dworcu. Po ogólnych i powszechnych zawirowaniach, jakoś udało nam się dorwać pociąg, na nawet (z czego jestem dumna) jedno miejsce siedzące. Zamienialiśmy się nim, jakoś dotarliśmy do Sopotu. Wysiedliśmy mieliśmy (jak na nas) znikome problemy z dotarciem do Domu Studenckiego nr 8 (chyba). Zarejestrowaliśmy się, odświeżyliśmy (nasz piękny, NOWY pokój<3), ruszyliśmy poznać miasto. Krótki spacer po Monciaku (mega kretyńska nazwa ever), dotarcie do SKMki, jakoś wejście tam, zamiana biletów na opaski, autobus, lotnisko… W końcu jesteśmy. Dotarliśmy akurat, by być chwilkę na występie Ben’a Harper’a and Relentless7, szybki spacer po lotnisku, wygranie gadżetów Trójki, później Pearl Jam. Na początku byliśmy blisko, BYŁAM 5 METRÓW OD MAĆKA FRIDKA!!!!!!, ale potem, ze względów bezpieczeństwa odsunęliśmy się do tyłu. Doczekaliśmy tam końca koncertu, po czym udaliśmy się do (jak się szybko okazało) ‘domu’.
2.07 Sopot – po obudzeniu się udaliśmy się na śniadanie. Potem molo, plaża, al. Armii Krajowej 55, szybki ‘prysznic’ i znów na Openera. Najpierw Mando Diao, potem chwilka Massive Attack oraz Klaxons, co łącznie trwało DŁUŻSZĄ chwilę, po czym udaliśmy się again w kierunku tymczasowego domu.
3.07 Gdynia – urodziny WBLa, jakieś tam życzenia. Ten dzień postanowiliśmy poświęcić Gdyni. Pochodziliśmy po mieście, oczywiście okolice sławnej fontanny, chwila nad morzem, Batory (wielkie nic), gdzie zjedliśmy lody z okazji WBLowych urodzin. Powrót do Sopotu, ogarnięcie się, znów kolejka, Gdynia, autobus, lotnisko… Minęliśmy Main Stage, gdzie grało Skunk Anansie, by dojść do namiotu i sceny zwanej Tent Stage. Ja z bratem pod barierki, mama koło namiotu. 30 minut czekania, jest. Regina Spektor. Pierwszy koncert, na którym byłam, gdzie po KAŻDEJ piosence były długie oklaski, w piękniejszych momentach też. To, że wokalistka raz zamiast Gdynia krzyczała Gdańsk oraz dwa razy zapomniała tekstu było całkowicie nieważne. Regina nie wiedziała, jak dziękować, po czym skończyła z obietnicą, że wróci. Pokochałam ją jeszcze bardziej, koncert należy do tych niezapomnianych. Ja uniesiona i uduchowiona na maksa po takim koncercie wraz z bratem doszłam do mamy. Poszliśmy na Kasabian, chwilę byliśmy na Hot Chipie, a potem uciekliśmy, przegonieni zimnem.
4.07 Gdańsk – wstajemy, jedziemy SKMką (<3) do Gdańska. Oczywiście znowu Stare Miasto i bezsensowne foty, Mariacki (<333333333333333333333333333) gdzie stałam się przez chwilę atrakcją turystyczną do fotografowania dla niemieckich turystów (jestem gwiazdą!), uciekanie przed parą młodą focącą się WSZĘDZIE, pyszne pierogi i powrót. Po dojechaniu do Sopotu, spędzenia tam chwili i o 17.15 wyjazdu do Gdyni i na teren festivalu. Od razu pognałam do namiotu (po drodze słysząc Muchy <3 oraz “Good Girl” The Lolipops <3) na występ duetu Kings of Convenience… KINGS OF CONVENIENCE. Cudownej dwójki, która czaruje głosem kompletnie, do tego te ich historyjki, anegdoty, mistrzostwo. Wcześniej lubiłam-nie lubiłam ich, namiot opuszczałam z tylko jedną myślą w głowie “KOCHAM ICH”. To była kompletna magia. Mam kilka fot, co prawda komórką, ale zawsze. Wyszłam szczęśliwa na maksa, rozkochana, spełniona. Czekam z wielką niecierpliwością na kolejny koncert. Wychodząc, z tłumem (w końcu again barierki niemalże), skoczyliśmy na koniec The Hives oraz początek The Dead Weather (oraz zakończone fiaskiem próby zdobycia autografów Archive, na które ze złości nie poszłam). Koncert fajny, nie powiem, ale po subtelnych Królach, których w głowie mam praktycznie non stop do teraz i myślę, że będę miała jeszcze długo nie jest to odpowiednia sprawa. Wychodząc z Openera myslałam (będę tu dopiero za rok, będę tu dopiero za rok, będę…), ale jeszcze jakoś to do mnie nie dotarło.
5.07 Sopot, Pociąg, Lublin – o 10.57 pociąg relacji Koszalin – Kraków z wagonami do Lublina podjechał na stację Sopot, gdzie czekaliśmy już na niego w towarzystwie staruszki, której córka przyjaźni się z Kingą “Kinią” Rusin. Koło 20 byliśmy w Lublinie, wyprawa zakończona.
Warszawa jak Warszawa – moja miłość.
Słuchając teraz Reginy Spektor oraz w szczególności Kings of Convenience (którzy naprawdę byli miło zaskoczeni taką ilością polskiej, rozkochanej publiczności), chce mi się płakać. Czuję się jak najgorszy śmieć, taka pusta, bezsensowna. Ogólnie całego Openera nie zaliczałabym do zbyt udanych imprez, bo na krok (wcale nie przesadzam) nie mogłam się nigdzie sama ruszyć, nie poznałam nikogo, ale jednak są to CZTERY NAJLEPSZE DNI MOJEGO ŻYCIA. Do tego jest zapewnienie, że za rok możemy jechać SAMI z bratem, więc zbieram ekipę i już zapowiadam cztery dni imprezy na Heineken Open’er Festival 2011 w Gdyni.