po zrobieniu przeze mnie i ciocie plakatu jest jakiś zgon. nie wiem po co poszłam pod tą szesnastkę, nie wiem, po co stałam pod tymi drzwiami i patrzyłam na niego. czy każdy facet najlepiej wygląda w garniturze? nie wiem. ale wiem, że on wygląda najlepiej. nikt się do niego nie równa, nawet sam Wojtek Kijewski w tym swoim genialnym garniturku z Panią od biologii, która podnosi dla niego 3 ręce, których nie ma.
wracając do niego – jestem w nim totalnie zauroczona od początku, raz mniej, raz bardziej, lecz mimo wszystko zawsze. nie wiem czy to miłość. za rok pewnie będę się z tego śmiać, ale… wolałabym zdecydowanie inny scenariusz. cóż, jako iż oglądalność i tak nie jest za duża, a ja nie wymieniam JEGO imienia i nazwiska, to pozwolę sobie to napisać.
widzę nas. jak leżymy na trawie koło siebie i patrzymy w niebo; jak trzymamy się za ręce; jak w wakacyjne wieczory chodzimy na spacery tylko we dwoje; jak chodzimy do kina (nie na film); jak widząc mnie w szkole automatycznie na jego twarzy pojawia się uśmiech; jak trzyma swoją dłoń na moich plecach, gdy schodzimy po schodach; jak płaci za mnie w sklepie; jak gra dla mnie na gitarze; jak uśmiecha się, gdy znów chce zrobić mu zdjęcie; jak mnie przytula; jak się uśmiecha i jak po prostu mówi, że mnie kocha.
tak mało i tak wiele.
nie mam już siły. podświadome myślenie o kimś, kogo marzy się poznać nie jest zbyt konstruktywne. jest po prostu męczące.
bo gdy uważam, że pokazywanie języka ma więcej sensu niż zwykle, to po prostu świadczy o moim szczęściu, zadowoleniu i pełnej harmonii.
którą lubię :)
a jako iż wczoraj nie napisałam, zrobię to dziś – znalazłam zeszyty, do których pisałyśmy z Zuzą w pierwszej klasie. gdy przeczytałam te nasze notatki, spostrzegłam jaka byłam dla niej chamska. to wszystko chyba było z mojej winy. postanowiłam ją za to przeprosić przy najbliższej okazji.
jak to możliwe? od kilku dni praktycznie bez przerwy chodzę z wielkim uśmiechem na twarzy. musiałam w sobie coś przełamać, bo po prostu.
magia jednym słowem :)
bardziej domowo być nie może. zamiast o 7.25 obudziłam się o 9.48. najzabawniejsze jest to, że budziłam się, sięgałam ręką po komórkę z godziną 8.36 i nie wstawałam. nie pamiętam, co m się śniło, ale to musiało być genialnie przejmujące.
jestem na haju pt. myslovitz. i również pt. coldplay
dziś najprawdopodobniej praktycznie cały dzień spędzam sama w domu, więc teoretycznie powinnam być zadowolona, ale… no coś jest nie tak. lekcje odrobiłam, historii się nauczyłam w połowie, a drugą połowę spokojnie uzupełnię, odrobiłam geografię, zrobiłam religię… Chyba to tu jest błąd. Pisząc o przyjaźni, o mojej wizji przyjaźni, zdałam sobie sprawę z tego, że ja przyjaciół po prostu nie mam, ale nie to najgorsze. Stwierdziłam, że TO DOBRZE. czy ja żyje? czy oddycham, czy bije mi serce? nie wiem.
no tak to tak, zaraz napiszę do jakiejs modelki, bo w ten weekend MUSZĘ pójść na zdjęcia, muszę muszę muszęęę!
z postanowień? jak zwykle nic :)
DONT PANIC <3333
no prosze. minął kolejny szkolny tydzień, dla mnie w sumie dosyć lajcikowy.
na ten weekend mam kilka zadań do zrobienia:
* obejrzę “Vicky Cristina Barcelona”
* posprzątam (ehhhh)
* nauczę się matematyki, biologii i innych przedmiotów
* PÓJDĘ NA ZDJĘCIA
a propos zdjęć, to znalazłam w Twoim Stylu jedno genialne, Magdy Cieleckiej. Polecam.
nie sądziłam, że kiedykolwiek to napiszę, ale uczenie się…
nie jest takie złe.
trzeba tylko chęci, chęci, chęci.
i nie, żeby odbębnić, ale żeby wyszło jak najlepiej.