poszkolnie…
Opowiem może mą dzisiejszą historię. Wyszedłszy ze szkoły o godzinie 15 minut 30 ukierunkowałam swe kroki w stronę supermarketu by nie zamarznąć w temperaturze -13 stopni Celsjuuuusza. Dowiedziawszy się, że muszę jeszcze poczekać z godzinkeu minimum stwierdziłam, że udam się do cioci. Wtedy stauo się coś dziwnego: szłam, mijałam kolejne bloki, a byłam sama. Nikogo nie mijałam, widziałam zapalone światła w oknach, gdzie nic się nie działo, słyszałam tylko wiatr przechodzący między konarami drzew, nagle niemalże stanęłam w miejscu. Nade mną wydarzyło się coś, gałęzie się poruszyły. Podniosłam powoli głowę w górę i odetchnęłam z ulgą widząc zziembnięte gołębie trzęsące się na drzewie. Poszłam dalej. Dalej cisza, którą przerywa tylko dzwonienie dzwonków powieszonych na którymś balkonie. Czułam się, jakbym była sama we wszechświecie. Ja i tylko ja. Nikt i nic więcej. Wiedziałam, że w przeciągu 100 metrów ode mnie znajduje się pewnie ze 100 osób, a jednak było tak cicho, tak inaczej, niż zawsze. Co ta temperatura potrafi robić z ludźmi. Na pewno przyprawić o refleksje, jesienno-zimowe refleksje.